Wszystko zaczęło się w latach sześćdziesiątych w malutkiej zatoczce w pobliżu Politechniki Wrocławskiej, z której można było wypłynąć na Odrę.
Latawica, Lebiega, Ladaco…
– Mieszkaliśmy wtedy niedaleko, na Biskupinie, a na łódki zaczęła zabierać mnie i moich braci siostra taty Jadwiga, ciocia Wisia – chemiczka i zapalona żeglarka. To właśnie ona nauczyła nas podstaw.
Potem, już jako członkowie klubu żeglarskiego, bracia Kosendiakowie pływali w zatoczce na Osobowicach, w Kunicach pod Legnicą, Sławie, Bożkowie i innych akwenach, a zimą skrobali i malowali żaglówki. Startowali także w regatach.
– Pływaliśmy w różnych warunkach – wspomina Andrzej Kosendiak. – Podczas zakończenia jednego z sezonów na Osobowicach, pod koniec października, wiało tak mocno, że wszystkie łódki się przewróciły. Powpadaliśmy do wody, a trener krążył wokół nas motorówką i po kolei wyciągał. Pamiętam do dzisiaj smak bigosu z żołnierskiego kotła, który nas uratował przed przemarznięciem.
Ta i podobne sytuacje jednak go nie zniechęciły. Szybko zdobył stopień żeglarza, jako szesnastolatek był już sternikiem jachtowym, niedługo potem instruktorem żeglarstwa i sternikiem morskim.
Uczenie innych okazało się dobrym sposobem na wakacje, bo zawsze znalazła się praca dla kogoś, kto miał uprawnienia żeglarskie, potrafił uczyć, grał na gitarze i do tego przez całą noc śpiewał przy ognisku na przykład "Sailor stop your roaming, sailor leave the sea" Petuli Clark czy inne przepisywane odręcznie i na maszynie piosenki. Ale najważniejsze były nawiązywane tam relacje. I oczywiście samo pływanie.
„Codzienność zostawiam na lądzie”
Jako uczeń szkoły średniej i w czasach akademickich pływał na Mazurach, Zalewie Szczecińskiem, po Zatoce Gdańskiej i trochę po otwartych wodach Bałtyku.
Po studiach dość szybko został ojcem, a jego działalność artystyczna rozpędziła się na dobre, nie miał więc wiele czasu na swoją pasję. Ale gdy dzieci podrosły, zaczął zabierać je na żeglarskie wakacje.
– Żeglują do dziś. Dwoje z moich pięciorga dzieci ma patenty sterników morskich, a kilka tygodni temu jeden z moich synów przesłał mi wiadomość z Kapitana Borchardta, najstarszego żaglowca pływającego pod polską banderą. Był wtedy u wybrzeży Hiszpanii. Najmłodszy, jedenastolatek, też ma już za sobą rejsy po morzu.
Kto dyryguje na jachcie?
Dyrygent Andrzej Kosendiak dyryguje także na łodzi – jest tam kapitanem i to do niego należy ostatnie słowo. Uważa, że na pokładzie, podobnie jak w życiu artystycznym i w zarządzaniu, najlepiej opierać się na relacjach, współdziałaniu.
Żeglarstwo to przede wszystkim piękne chwile
Andrzej Kosendiak kiedyś marzył o rejsach dookoła świata i opłynięciu Przylądka Horn, ale żeglarstwo to dla niego przede wszystkim piękne chwile: wolność, ciepłe Morze Śródziemne albo Atlantyk w pobliżu wybrzeży Hiszpanii i Maroka, dobre towarzystwo, jacht wynajęty na tydzień czy dwa (a kiedyś nawet na miesiąc), noclegi w porcie na kotwicy, poznawanie świata, ludzi, próbowanie lokalnej kuchni. Na wodzie zawsze jest trochę improwizacji, bo wiatr wieje, jak chce, jednak od walki z żywiołem dyrygent woli, wzorem mieszkańców krajów śródziemnomorskich, po prostu chłonąć to, co go otacza, cieszyć się tym.
Lubi odbierać świat wszystkimi zmysłami.
– Grecka wyspa w lipcu pachnie jak zielnik, a jeśli się rozetrze w dłoniach zeschłą trawę, ta woń staje się jeszcze intensywniejsza – mówi. – Najróżniejszych aromatów jest tam całe mnóstwo. Pachną potrawy, pachnie morze, wino, jedzenie. A to nie wszystko, bo pracują także pozostałe zmysły. U nas kamień kojarzy się z trwałością, ale też z chłodem. W greckim czy włoskim słońcu wygładzona przez stulecia marmurowa ława w amfiteatrze jest ciepła, aksamitna w dotyku, przyjazna.
Dzięki podróżom, także tym związanym z żeglowaniem, dyrygent otworzył się na najróżniejsze doznania, również kulinarne, bo gdy się gdzieś jest, warto próbować tego, co lokalne.
– Jadłem w życiu najdziwniejsze rzeczy, włącznie z żywą ośmiornicą, która sprawiała wrażenie, że chce zjeść mnie – wspomina Andrzej Kosendiak. – Można więc powiedzieć, że żeglarstwo, a także szerzej, podróżowanie, to w moim przypadku przepis na smakowanie życia.
W muzyce jest dużo morza
Żeglowanie to także źródło inspiracji, zwłaszcza że w muzyce klasycznej istnieje wiele nawiązań do morza.
– Morze to zmienność, gra świateł, tajemnica, różne nastroje, falowanie, nieustanny ruch – czasem łagodny, czasem gwałtowny i potężny – który dokonuje się w czasie. Muzyka także bywa kojąca albo dramatyczna, a bez czasu nie istnieje, rozgrywa się właśnie w nim – mówi artysta. – Morze to także arena, na której dzieją się ważne, zapadające w pamięć, a czasem zmieniające życie sprawy. Żywioł, z którym człowiek musi się z jednej strony zmierzyć, z drugiej nauczyć się z nim współpracować. Tak było w przypadku bohatera późnej powieści Josepha Conrada, której tytuł – „Smuga cienia" – stał się tematem przewodnim tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans im. Andrzeja Markowskiego.
„Smuga cienia” Conrada to historia młodego człowieka, oficera, chcącego już pożegnać się z morzem i wrócić do Anglii, ale niespodziewanie obejmuje on funkcję kapitana na statku, na którym wybucha epidemia. Musi nagle przekroczyć tytułową smugę cienia, rozumianą jako granica dojrzałości. Żegna beztroskę lat młodzieńczych i bierze na siebie ciężar odpowiedzialności za powierzony mu statek i za załogę.
Podczas festiwalu zabrzmi wiele utworów inspirowanych morskimi – i nie tylko – podróżami, w tym „Morze”, poemat symfoniczny Claude’a Debussy’ego, „Four Sea Interludes” z opery Peter Grimes op. 33a Benjamina Brittena czy „To Be Sung on the Water” op. 42 nr 2 Samuela Barbera. Czy słychać w nich szum fal? Warto przekonać się o tym osobiście.