– Po fieście mamy klęskę urodzaju, wszyscy chcą się do nas zapisać – śmieje się Piotr Radomski z Klubu Sportów Balonowych we Wrocławiu.
– To dobrze, bo potrzebujemy świeżej krwi – dodaje Robert Helak, prezes klubu i jeden z jego założycieli.
Co warto wiedzieć, zanim tam zadzwonimy albo napiszemy do klubu?
8 balonów, ocean frajdy
Klub Sportów Balonowych we Wrocławiu działa już prawie cztery dekady, od 1987 roku. Urzęduje przy ul. Lotniczej 22, w niewielkiej budce zawiadowcy nieistniejącego już pasażerskiego portu lotniczego Gądów Mały, który tętnił życiem jeszcze w latach 70. XX wieku.
Tak spektakularne wydarzenia jak listopadowy wieczorny pokaz na Stadionie Olimpijskim oraz fiesta, w której wzięło udział 30 załóg z całej Polski, nie zdarzają się często, bo ze względu na ruch lotniczy latanie balonem nad miastem nie jest proste. Ale klub działa i to prężnie.
Bywa i tak, że zawodnicy z Wrocławia startują także w innych częściach świata. Dzięki swojej pasji Piotr Radomski był nawet w Australii.
– Polacy należą do grona najlepszych pilotów balonowych na świecie – podkreśla pan Piotr. – Mamy wicemistrza świata, mistrzynię świata mistrza świata juniorów, wicemistrza świata juniorów.
Statki na niebie, a w statkach piloci
Balony są niewiarygodnie efektowne i wyglądają, zwłaszcza w nocy, jak magiczne istoty z bajki, jednak trzeba pamiętać o tym, że to pełnoprawne statki powietrzne i – podobnie jak samoloty czy szybowce – podlegają przepisom prawa lotniczego. Mają znaki rejestracyjne, muszą być ubezpieczone i przechodzą coroczne badania.
Nie można wybrać się nimi w podniebną podróż ot tak. Trzeba przedstawić plan lotu, czyli podać miejsce startu i – oczywiście orientacyjnie, bo tego nie zawsze da się do końca przewidzieć – miejsce lądowania. Nie jest to konieczne, gdy lata się w tzw. wolnej strefie, a więc poza miastem.
Żeby sterować balonem samodzielnie, trzeba mieć licencję BPL (ang. Balloon Pilot License) – oficjalny dokument, który uzyskuje się po kilkutygodniowym szkoleniu i zdaniu egzaminu państwowego. Ale spokojnie: poza pilotem do gondoli wsiada jego załoga – dwie, trzy osoby, które nie muszą mieć uprawnień. Np. pan Robert Helak lata z kolegami ze szkolnej ławy, których zna – bagatela! – od ponad pół wieku.
Z wiatrem, poza tym w górę i w dół
Balony na ogrzane powietrze są w stanie wznieść się nawet na wysokość 11 i pół km (tyle wynosi rekord Polski), ale ze względu na samoloty na ogół latają niżej, przeważnie 200, 300 m nad ziemią. Albo i niżej.
Balon nie ma napędu. Leci z wiatrem i da się nim sterować tylko góra-dół. Robi się to, podgrzewając wypełniające powłokę powietrze lub pozwalając mu się ochłodzić. Jakim cudem podczas zawodów piloci dolatują w takim razie do celu, czyli rozłożonej na ziemi płachty o wymiarach 5 na 5 m, na którą rzuca się marker – wypełniony piaskiem woreczek ze wstążką i numerem startowym?
– Kierunek wiatru może się zmieniać na różnych wysokościach, prędkość też, i jeśli się potrafi, można z tego zrobić użytek. Efekt ocenia komisja sędziowska z metrówką – wyjaśnia wrocławianin.
Teraz pilotom pomagają nowe technologie: radary pogodowe, GPS, laptop albo tablet z programem do nawigacji.
– Kiedyś latało się ze zwykłą mapą i skalówką do wyznaczania koordynatów. No i „po meblach”, czyli patrząc, gdzie jest wieża kościoła, gdzie boisko, gdzie droga – wspomina Robert Helak.
Tak czy inaczej potrzebne jest doświadczenie.
– Musisz np. wiedzieć, że opadając, możesz przy dużej bezwładności balonu nie wyhamować w porę przed liniami wysokiego napięcia dlatego przekraczasz je na wznoszeniu i z dużej odległości. To zasada numer jeden – tłumaczą piloci.
Z balonem nawet w Japonii
Baloniarstwo, jak niemal każda pasja, rozwija i sprawia, że robi się rzeczy, których bez niej by się pewnie nie robiło. Na przykład Piotr Radomski zwiedził dzięki balonom kawał świata. Latał m.in. nad bezkresnymi pustkowiami Australii i nad fawelami w Brazylii, ale najlepiej wspomina Sagę w Japonii.
– To jedno z największych centrów baloniarstwa na świecie. Parady, zawody, nocne pokazy, ponad setka balonów o najróżniejszych kształtach i rozmiarach, a do tego kilkaset tysięcy rozentuzjazmowanych widzów, krzyczących „yatta, yatta” przy każdym lądowaniu – wspomina. – Są i większe zawody, np. w Albuquerque w USA, gdzie startuje i tysiąc balonów, ale lubię to, że w Sadze ludzie cieszą się jak dzieci i całe miasto tym żyje. Wspaniałe jest także to, że nie mieszkaliśmy w hotelach, ale u Japończyków. Oni nie mówili po angielsku, a my po japońsku, ale i tak wieczór w wieczór potrafiliśmy na migi rozmawiać kilka godzin. Pilot z pilotem zawsze się dogada, a podróże i poznawanie ludzi są dla mnie najpiękniejszą stroną tego sportu.
Latanie jest jak reset
Dla prezesa Helaka najwspanialsze jest to, że choć każdy lot jest inny, każdy wymaga koncentracji i odpowiedniego przygotowania.
– Wznosisz się nad ziemię i sprawdzasz, czy klują się jakieś komórki burzowe albo dzieje się coś, czego nie dało się wcześniej przewidzieć. Zasada jest taka, że nie ryzykujemy i nie latamy w złą pogodę, ale zawsze może się zerwać jakiś nagły wiatr. W takiej sytuacji trzeba zachować zimną krew, to zresztą podstawowy wymóg w lotnictwie. To wszystko sprawia, że skupiamy się na tym, co się dzieje tu i teraz. Paradoksalnie to odpręża, bo zapominamy o stresach i problemach codziennego życia. To jak reset. Ale też fantastyczna forma spędzania czasu: przestrzeń, bezpośredni kontakt z naturą. Zaraziłem lataniem córkę, która jest teraz wicemistrzynią Polski, z kolei ona zachęciła do latania męża.
Kim są piloci balonów? To cały przekrój społeczny, ludzie w każdym wielu, wszelkich zawodów: związani z lotnictwem i nie, lekarze, biznesmeni. Np. Robert Helak jest z wykształcenia… politologiem.
Jak można zostać pilotem balonowym?
Dla Roberta Helaka latanie balonem to spełnienie marzeń z dzieciństwa, które ożyło w szkole średniej, w Lotniczych Zakladach Naukowych. Z kolei Piotra Radomskiego wciągnął w tę pasję ojciec, jeden z założycieli klubu.
– Pierwszy raz wsiadłem do gondoli jako 14-latek, 3 lata później miałem już licencję – wspomina.
Można też po prostu przyjechać do klubu tramwajem i już w nim zostać.
– Przede wszystkim trzeba chcieć, przyjść do nas, zaangażować się, polatać w charakterze załoganta i przekonać się, czy to jest właśnie to, o co nam w życiu chodzi – mówi prezes. – Dobrze też być w miarę zdrowym i sprawnym, bo baloniarstwo może dać w kość: trzeba zrywać się wcześnie rano, jechać gdzieś, pomagać w przygotowywaniu sprzętu do lotu, potem go zwijać. Sama powłoka balonu waży ponad 100 kg, kosz drugie tyle, ale zawsze powtarzam, że lepiej popracować z nami, niż wydawać pieniądze na siłowni. Jeśli widzimy, że kandydat jest szczerze zainteresowany i ma predyspozycje, kwalifikujemy do szkolenia teoretycznego (budowa balonu, przepisy lotnicze, nawigacja, komunikacja radiowa), a potem praktycznego, już w powietrzu, obejmującego starty i lądowania w trudnych warunkach i sytuacjach awaryjnych.
A co potem? Potem są egzaminy. Najpierw teoretyczny (losuje się kilkadziesiąt spośród 4 tys. pytań), a po nim praktyczny przed instruktorem z listy Urzędu Lotnictwa.