Mariola Szczyrba: Zaskoczył Pana zasięg akcji Łatwoganga, która połączyła ludzi z tak wielu różnych środowisk?
Prof. Krzysztof Kałwak: Absolutnie! Ten skromny 23-letni chłopak jest dla mnie bohaterem. Uważam, że największym sukcesem tej akcji było wielkie zjednoczenie ludzi wokół jednej, szczytnej idei. Ponad wszelkimi podziałami, również politycznymi. I to nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Akcję wspierali aktorzy, piosenkarze, influencerzy, dziennikarze, piłkarze… Wojciech Szczęsny i Lamine Yamal z FC Barcelony to tylko jeden z przykładów.
Ta akcja miała wyjątkowy charakter, była prowadzona z uśmiechem, z miłością – za nami dziewięć wspaniałych dni...
Zakończonych spektakularnym sukcesem zbiórki dla podopiecznych Fundacji Cancer Fighters. W niedzielę, na koniec streamu, na koncie było ponad 251 mln zł, teraz już ponad 280 mln.
Wiem, że śledził Pan stream Łatwoganga z rodziną. Które momenty Pana poruszyły? Które zostaną z Panem na długo?
Te całe dziewięć dni to było coś wspaniałego. Ale szczególnie poruszyła mnie obecność w niedzielę u Łatwoganga naszych podopiecznych. Fantastyczne były też „wejścia” aktorów – trochę na wesoło, trochę na poważnie, ale to rzeczywiście działało.
Z kolei Martyna Wojciechowska, która kilkanaście lat temu wspierała budowę Przylądka Nadziei we Wrocławiu, pojawiła się z pięknym przekazem. Bardzo ciepło mówiła też potem w telewizji o naszej pracy, że każde uratowane dziecko to powód do wielkiej radości.
A to wszystko dzięki Łatwogangowi, Bedoesowi i naszej wspaniałej Mai, od której wszystko się zaczęło. Należą im się ogromne podziękowania.
Przypomnijmy, że 11-letnia Maja Mecan z Oławy zaśpiewała z Bedoesem „diss na raka”, a piosenka była odtwarzana podczas 9-dniowego streamu Łatwoganga.
Niesamowicie to wyszło! Nawet nie wiedziałem, że tekst do tej piosenki napisała żona Marka Kopyścia, prezesa Cancer Fighters – tak zwana Ciocia Ola, która była zresztą z dziećmi podczas niedzielnego streamu u Łatwoganga.
Maja jest Pana pacjentką w Przylądku. Choruje na białaczkę szpikową i ma trzecią wznowę, o czym zresztą mówi w klipie.
Ta piosenka jest znakomitym wprowadzeniem do całej akcji. Zresztą teledysk był częściowo nagrywany w Przylądku Nadziei we Wrocławiu.
Zbiórka odniosła spektakularny sukces. Został Pan zaproszony do rady eksperckiej Fundacji Cancer Fighters. Na co Pana zdaniem powinny pójść te pieniądze?
Powinny zostać wydane mądrze, w sposób transparentny i sprawiedliwy (na tej stronie znajdziecie informacje na temat akcji). I taka też będzie moja rola w tej radzie. Potrzeby onkologii w Polsce są duże, bo mamy przecież kilkanaście ośrodków rozproszonych w różnych częściach kraju.
Co będzie miało priorytet?
W pierwszej kolejności trzeba zadbać o to, żeby zamknąć trwające już zbiórki celowe na nierefundowane leki i terapie dla dzieci. To był zresztą pierwszy cel tej akcji. Oczywiście każdy wniosek będzie musiał zostać szczegółowo rozpatrzony. I po to właśnie zostanie powołana ta rada.
Sytuacja onkologii dziecięcej w Polsce jest dobra, a może nawet bardzo dobra, wiele leków ma już refundację, ale nie wszystkie. Pojawiają się też nowe leki, które mogą poprawić sytuację pacjentów. Ale są też takie, które trafiły na tzw. czarną listę. I musimy na nie zbierać pieniądze.
O jakich lekach Pan profesor mówi?
Mam na myśli na przykład bardzo dobry lek przeciwgrzybiczy - izawukonazol, który może być stosowany u naszych podopiecznych również w domu. Bo przecież bardzo ważne jest, żeby pacjent nie był cały czas w szpitalu.
Inny przykład to drugie podanie komórek CAR-T (terapia wykorzystuje układ odpornościowy pacjenta i inżynierię genetyczną do walki z nowotworem – red.) – na to też czasem musimy zbierać pieniądze.
Na co jeszcze zostaną przeznaczone pieniądze ze zbiórki?
Już mam informację od prezesa Cancer Fighters, że niektóre ośrodki onkologiczne w Polsce zgłaszają potrzebę doposażenia sprzętu, ale też np. modernizacji oddziałów, żeby pacjenci mieli lepsze warunki do terapii. Tym również zajmie się fundacja i nasza rada. Bo warunki, w jakich leczy się dzieci, są kluczowe dla sukcesu całej terapii. Chodzi przecież o epidemiologię. Wiem, że na leki czy terapie te pieniądze gdzieś się w końcu znajdzie, ale już na malowanie ścian na oddziale – niekoniecznie.
Kolejna rzecz to koszty transportu pacjentów do klinik. Wiemy, że dzieci i ich rodzice czasem muszą pokonywać ogromne odległości w drodze do szpitala. U nas w Przylądku leczą się przecież nie tylko dzieci z Wrocławia, ale też z Suwałk czy Świnoujścia. A nikt nie refunduje dojazdów w trakcie leczenia, może to jest kolejny temat, którym trzeba się zająć.
Następna rzecz: pacjenci, którzy zakończą terapię nowotworową z sukcesem, wymagają później rehabilitacji, wsparcia wielu specjalistów z różnych dziedzin. I tutaj nie wszystko jest niestety refundowane, a nawet jeśli, to czas oczekiwania jest długi, więc w tym zakresie również będzie potrzebne wsparcie finansowe.
Prezes Cancer Fighters chciałby też część środków przeznaczyć na duże projekty infrastrukturalne związane z onkologią.
Podczas streamu Łatwoganga wiele osób w geście solidarności z chorymi dziećmi zgoliło sobie głowy. To było bardzo wzruszające. Co ta cała akcja dała małym pacjentom?
Dzieci z Przylądka oglądały stream Łatwoganga?
Oczywiście! Nie oglądały przez te dziewięć dni bajek, tylko śledziły stream Łatwoganga. Cieszyły się tą atmosferą pełną radości i z wypiekami na twarzy śledziły zbiórkę. Tam się pojawiali ich idole – aktorzy, piosenkarze, sportowcy…
Pacjentem wrocławskiego Przylądka Nadziei był również kiedyś Marek Kopyść, prezes Fundacji Cancer Fighters, która ma u was swoje biuro.
Tak, Marek Kopyść też walczył kiedyś z nowotworem, był pacjentem naszej kliniki jeszcze w starym budynku przy ul. Bujwida. Fundacja Cancer Fighters, która istnieje już od wielu lat, to dla niego swego rodzaju spłacenie długu wdzięczności.
Pacjenci oddziałów onkologicznych to prawdziwi wojownicy. Ale o Panu też tak można powiedzieć. Pan też codziennie walczy o ich życie i zdrowie.
Praca w Przylądku Nadziei to jest coś fantastycznego. Oczywiście bywam zmęczony, wczoraj wyszedłem z pracy po 33 godzinach, ale nie potrafiłbym robić niczego innego.
To jest codzienna walka z widzialnym bądź niewidzialnym wrogiem. Czuję się jak żołnierz, który walczy z nowotworem, czasem wygrywa a czasem nie. Ale w tej chwili rak nie jest wyrokiem. W przypadku białaczek mamy aż 90 proc. wyleczeń, w przypadku innych rozpoznań - nawet powyżej 90 proc. Ale oczywiście są też obszary, w których jest jeszcze wiele do zrobienia.